wtorek, 1 lipca 2014

Szczęście to żart I

"Szczęście to żart. Nawet fart to odwrócony niefart."
Stephen King, Szczęśliwa moneta

Czternastoletni Christian Kimmel właśnie stał przed drzwiami, gdy ktoś z drugiej strony zastukał w nie delikatnie mosiężną kołatką. Chłopak z szerokim uśmiechem stanął przed dziewczyną stojącą w progu.
- Wszystkiego najlepszego.
- Becca. Miałaś czekać w parku – stwierdził, niby to z wyrzutem, lecz uśmiech psuł efekt.
- Tak, wiem, ale… - Wzruszyła bezradnie ramionami. Była drobna, miała nie więcej niż metr pięćdziesiąt wzrostu, w dodatku szczupła. Teraz zerkała niepewnie na chłopaka spod spuszczonych rzęs. -  Musiałam wyjść wcześniej.
Chris spojrzał na nią ze współczuciem. Domyślił się, że w jej domu Feldmannów znów wybuchła awantura. Jej rodzice żarli się coraz częściej, a Rebecca musiała to znosić.
- Może zrezygnujemy z wycieczki i zostaniemy tutaj? Freda przygotowałaby nam jeden ze swoich cudnych posiłków, a my…
- Nie musimy niczego zmieniać. Wszystko w porządku. Naprawdę – dodała na widok jego niepewnej miny.
Chłopak przeczesał rozczapierzonymi palcami swoje gęste, kasztanowe włosy. Przez chwilę zastanawiał się, jednak w końcu skinął głową.
Wyszli na zewnątrz. Przy schodach stał rower Chrisa. Chłopak sprowadził go na chodnik, zaczekał aż Rebecca usiądzie na bagażniku i ruszył z miejsca. Dziewczyna objęła go w pasie, chowając twarz przed chłodnym, październikowym wiatrem.


W tym samym czasie, w kuchni w posiadłości Kimmelów, Freda, matka Chrisa, oraz jego babka Thelma dyskutowały nad jego przyszłością i przeznaczeniem.
- Kochanie, wiem, że chcesz, by już teraz zaczął naukę – odezwała się staruszka. Jej białe włosy zaplecione były w prosty warkocz, który spływał jej po plecach. Błękitne oczy skierowała w stronę córki, lecz nie wyrażały żadnych emocji – były równie puste, jak wyschnięta studnia. – Sądzę jednak, że dla jego dobra powinniśmy jeszcze zaczekać.
- A co?  - prychnęła Freda, wściekle mieszając w stojącym na kuchence garnku. Jego mętna zawartość miała, jasnozielony kolor, bulkotała, a na jej powierzchni zaczynała tworzyć się piana. Wywar miał intensywny, mdląco słodki zapach. - Widziałaś to w wizji?
Thelma nie zwróciła uwagi na odpowiedź córki. Przywykła już do jej buntowniczej i zarazem upartej natury, którą, bądź co bądź, odziedziczyła właśnie po niej. Pamiętała doskonale, jak za młodu to jej matka nieustannie utyskiwała na swoją córkę.
- Nie. Ale miałam przeczucie. – Kobieta wstała z wdziękiem. Podeszła do Fredy i położyła jej dłoń na ramieniu. - Powinniśmy pozwolić mu nacieszyć się życiem.
- Mnie posłałaś do szkolenia w wieku trzynastu lat. – Wściekle zamieszała w garnku i trochę płynu wylało się. Ściekając po brzegach, wywar syczał, powoli wyparowując i zostawiając po sobie zieloną smugę.
Thelma sięgnęła po stojący obok czajnik i ruszyła do zlewu. Napełniając go, odparła:
- Po prostu czułam, że tak trzeba. – Westchnęła, wiedząc, że to co powie i tak nie dotrze do Fredy. - Czasem dobrze jest posłuchać przeczuć, nawet jeśli rozsądek podpowiada co innego.
Kobieta nie odpowiedziała. Wolną ręką poprawiła krótko obcięte, kasztanowe włosy. Mieszała zawzięcie chochlą, z zaciętą miną. Zawartość garnka powoli zmieniała barwę na żółtą, stawała się również coraz bardziej przejrzysta. Zapach stał się nieprzyjemnie kwaśny.
Staruszka zakręciła wodę i znów skierowała się w stronę kuchenki. Zanim jednak zdołała zrobić krok dzielący go od niej, znieruchomiała. Jej niewidzące oczy rozszerzyły się, a zamiast wyblakłych tęczówek spod powiek ukazały się białka, pokryte siateczką drobnych, czerwonych linii. Trwało to przez kilka sekund – kobieta zastygła, każdy jej miesień napięty był do granic możliwości. Gdy wizja zaczęła blaknąć, ciało Thelmy zwiotczało. Z jej nagle bezwładnych palców wypadł czajnik, obijając się od wyłożoną płytkami podłogę. Staruszka zachwiała się i upadła w powiększająca się kałużę wody, wylewającej się z czajnika.
- Mamo! – zawołała Freda, gdy tylko zauważyła co się stało. Zostawiła chochlę i uklękła przy staruszce. – Co się stało? Co zobaczyłaś? – spytała podtrzymując ją.
- Christian… - wyszeptała Thelma. Uniosła drżącą dłoń i położyła ją na czoło córki. Ta zacisnęła oczy i zastygła w bezruchu, gdy matka przekazała jej część wizji.
Już po chwili wypadła z kuchni, z przerażeniem wymalowanym na twarzy, wołając ile sił w płucach pozostałych domowników.
- Marcus! Sebastian, Eryk! Chodźcie tutaj natychmiast!
Wciąż ich wołając, pognała do piwnicy. Nie trudząc się zapalaniem światła, przeskakiwała po kilka stopni. Gdy znalazła się na dole, ruszyła do metalowej szafy. Zdjęła z szyi łańcuszek, na którym zawieszony był niewielki kluczyk. Gdy tylko otworzyła drzwi, zapaliła się lampka, oświetlająca niewielki arsenał od dawna służący rodzinie Kimmelów do walki z przeróżnymi formami, które przybiera Zło.
Gdy wyjmowała sztylety, za jej plecami rozległo się ciche „puff”. W słabym świetle, po którym lampka zamigotała, pojawiła się trójka mężczyzn.
- Thelma miała widzenie – zaczęła Freda, zanim którykolwiek zdołał się odezwać. - Chris jest w niebezpieczeństwie. Leta znów chce dać o sobie znać.
Odwróciła się i po kolei rzuciła Sebastianowi i Ericowi sztylety. Mężczyźni chwytają zręcznie i chowają pod ubraniem. Sama włożyła do kieszeni kilka szklanych przygotowanych przez siebie fiolek.
- Nie wiem, czy ona tam będzie, ale warto być gotowym na wszystko. Marcus, przygotuj się. Może być ciężko. – Spojrzała na chudego dwudziestolatka, któremu ktoś zupełnie obcy i nie znający jego tajemnicy, mógłby dać bez wahania trzydzieści pięć lat.
- Gdzie to jest? – spytał Eric.
- Nie wiem. Musimy jechać. Thelma nas poprowadzi.
Zbliżyła się do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Zaraz potem w pomieszczeniu nie było już nikogo.


- Chris, zwolnij! – zawołała Rebecca, jednak wciąż śmiała się radośnie, gdy chłopak pędził przed siebie, a ludzie, których mijali odskakiwali na bok. Choć na każdej nierówności podskakiwała na bagażniku, od czego bolał ją tyłek, bawiła się świetnie i pamięć o wciąż kłócących się rodzicach, którzy zwracali na nią uwagę tylko wtedy, gdy chcieli się nią wyręczyć, skryła się na obrzeżach jej świadomości.
Chłopak w odpowiedzi tylko przyśpieszył. Po chwili skręcili w lewo, o mało nie rozjeżdżając białego bulteriera, który zaprzestał obwąchiwania żywopłotu i ruszył za nimi w pogoń. Przez pewien czas gnał obok nich, szczekając zawzięcie i próbując złapać Rebeccę za nogawkę spodni. W końcu jednak się poddał i zwolnił.
Już prawie dojeżdżali do parku. Do pokonania mieli tylko ulicę. Chłopak nacisnął hamulec. Ku jego zaskoczeniu nie zaczęli zwalniać. Rozpędzeni wjechali na ulicę. Gdy Chris z paniką rozejrzał się na boki, zobaczył, jak z prawej strony jedzie prosto na nich czerwony Hummer. Na miejscu kierowcy zobaczył zarośniętą twarz zaskoczonego czterdziestolatka.
Auto zaczęło hamować niecały metr od miejsca zderzenia; nie wytraciło niemal nic ze swojej prędkości. Chris i Becca uderzyli głowami w przednią szybę. Szkło pękło, powstała na nim siateczka drobnych rys. Przez kilka sekund jechali na pogniecionej masce, zanim się z niej zsunęli.
Hummer odjechał kawałek dalej, a oni nieprzytomni leżeli na jezdni.


- Skręć w lewo! – zawołała Thelma, ze swojego miejsca z tyłu. – W lewo powiedziałam, w lewo!
- Już, jasne. – Sebastian był spięty. On z całej czwórki mającej prawo jazdy kierował najlepiej, ale nie można powiedzieć, że po mistrzowsku.  Co chwila spoglądał na matkę we wstecznym lusterku. - Nie krzycz, proszę, bo nie wytrzymam i uprzedzaj z wyprzedzeniem!
Staruszka nic nie powiedziała. Skupiała się na drodze przed nimi, bo choć od dziecka była niewidoma, to widziała więcej, niż nie jedna osoba.
- To tu – szepnęła i zapadła się w fotelu.
Kilkanaście metrów przed nimi czerwona terenówka właśnie zahamowała. Po chwili wyszedł z niej roztrzęsiony, niewysoki mężczyzna. Ruszył do leżących na ulicy osób. Pozostałe auta zatrzymały się. W tym i auto Kimmelów. Kiedy tylko koła stanęły, Freda wyskoczyła i pobiegła w stronę dzieci.
- Christian. O boże, Chris – wymamrotała klękając obok niego. Przytknęła palce do jego nadgarstka. Wyczuła słabnący puls. – Marcus!
Mężczyzna był już przy niej. Kucnął przy zakrwawionej głowie chłopca i bez słowa położył na niej dłonie.
- Ja nie chciałem… - Powiedział kierowca Hummera, kiedy upadł obok nich.  Był widocznie przerażony. - Oni wypadli na ulicę… Nie zdążyłem wyhamować…
- Zamknij się – zrugała go Freda. – Najlepiej stąd zniknij. Zjeżdżaj stąd, słyszałeś!? – krzyknęła.
Czterdziestolatek drgnął i sztywno się podniósł. Idąc do tyłu, oddalił się o kilka metrów. Nie spuszczał wzroku z kobiety, która pochyliła się nad synem.
- Co z dziewczyną? – spytał Marcus. Już odczuwał skutki uzdrawiania. Chris został nieźle pokiereszowany; miał złamane żebro, które przebiło płuco i parę innych obrażeń wewnętrznych. Musiał się nimi zająć szybko, przed przyjazdem karetki, którą ktoś z pewnością zdążył już wezwać.
- Nic – odparła kobieta tuląc Chrisa. - Zajmij się moim chłopcem.
Podczas gdy Freda i Marcus zajmowali się Christianem, Eric z Sebastianem, którzy również opuścili auto, rozglądali się wokół. Szukali śladu Lety i jej pomocników.
Thelma, która została sama, miała kolejną wizję. Znów z Chrisem w roli głównej. Jednak tą nie miała zamiaru dzielić się z nikim. Bez względu na to, jakie konsekwencje mogło to przynieść.


Jak widać powróciłam do fantasy. Nie wiem czy na długo, czy to tylko przelotne spotkanie. W każdym razie mam nadzieję, że się podobało. A kolejna część (ostatnia zarazem) jest już w końcowych fazach przygotowania, więc wstawie ją za kilka dni.
Pozdrawiam,
roxette16

czwartek, 26 czerwca 2014

Na stronie

Witam!
Udało mi się - i Wam oczywiście - dotrwać do dwudziestego postu. Na koncie jest kilka opowiadań. Trzy niestety wciąż czekają na zakończenie. Mam je - w głowie, gdzie niestety pozostaną przez pewien czas. Mam parę pomysłów, ale brak mi weny. Czekam również na powrót chęci do pisania. Niestety nie jestem w stanie obiecać, że już po oficjalnym zakończeniu roku szkolnego sytuacja się poprawi. Dlatego przyszłość zostawmy na razie w spokoju i mglistej strefie domysłów.
Chciałabym podziękować wszystkim, którzy zawitali do mojego małego światka, zwłaszcza tym, którzy pozostawili po sobie drobny ślad - to w końcu Wasz czas i praca, nie wspominając o pomocy dla mnie. 
Mam nadzieję, że jeszcze trochę ze mną wytrzymacie i podzielicie się własną wiedzą i odczuciami. Nie szczędźcie jednak słów krytyki -  nic nie działa tak pobudzająco jak one.
Jeśli nie sprawiłoby Wam to większego problemu, to prosiłabym o wskazanie, które opowiadanie według Was jest najlepsze. Jestem ciekawa Waszych opinii.
Pozdrawiam serdecznie,
roxette16

niedziela, 15 czerwca 2014

Kat

Witam!
Ostatni post był jakiś czas temu, a następny rozdział "Słodkiego smaku rewanżu" jest dopiero w początkowym stadium i rozwija się dość wolno, więc aby już zbytnio nie zwlekać postanowiłam wstawić to oto krótkie opowiadanie. Napisałam je jakiś czas temu, jednak bez zamiaru wstawienia na bloga.

Pierwszy raz byłem przy tym kiedy miałem pięć lat. To było w nocy. Spałem na górze, w swoim pokoju. Zbudził mnie jednak hałas. Nie myślałem wiele; wstałem i poszedłem sprawdzić co się dzieje. Zawahałem się, kiedy usłyszałem krzyk matki: pełen rozpaczy, strachu i bólu. Potem do tego doszły wrzaski rozsierdzonego ojca.
- Ty dziwko! Puszczałaś się na prawo i lewo kiedy byłaś sama i teraz też to robisz, co?! Ten zawszony bachor pewnie nawet nie jest mój.– Po niewyraźnej mowie, poznałem, że jest pijany. Zostałem więc na schodach; przykucnąłem przy barierce. Stamtąd widziałem salon oświetlony wyłącznie przez światła z kuchni. Widziałem również ojca; był niski, przysadzisty, ubrany w pognieciony już garnitur, który rano był w nienagannym stanie. Gęste włosy w nieładzie sterczały mu na głowie. Nie od razu dostrzegłem matkę, skuloną przed nim na podłodze. Ręce wznosiła do góry, chcąc się obronić przed ciosami ojca, który okładał ją bezlitośnie skórzanym pasem. A ona krzyczała przez łzy, zwijając się z bólu.
Chciałem do niej podejść. Pragnąłem jej pomóc. Jednak za bardzo się bałem, aby zrobić cokolwiek. Cokolwiek poza wróceniem do pokoju i schowania się pod kołdrą. Ukryty w ciemnym, złudnie bezpiecznym kokonie zatkałem uszy, nie chcąc już niczego słyszeć.
Gdyby ktoś się mnie spytał, dlaczego nic nie zrobiłem, odpowiedziałbym: „Miałem tylko pięć lat. Byłem słabym, zlęknionym chłopcem. Co mogłem zdziałać przeciw niemu?” Ale to nie była prawda. Uciekłem, bo nie chciałem, aby znów mnie uderzył.
Rano wszyscy zachowywaliśmy się tak, jakby nic się nie stało. Mama, choć wyraźnie obolała, z uśmiechem podała mi śniadanie, ojciec spokojnie czytał gazetę, a ja nie przyznałem się do tego co widziałem.
Potem coraz częściej dochodziło do awantur. Ojciec co rusz się spijał, a kiedy był zachlany, był też agresywny. Staraliśmy się więc z mamą unikać go, jak tylko było można i nie robić niczego, co mogło wywołać jego złość. Choć niewiele do tego było trzeba.
Pamiętam jak raz, niedługo po tamtym zdarzeniu, zbił mnie za to, że nie pościeliłem łóżka. I to nie był lekki klaps na pouczenie, tylko mocne, piekące uderzenie pasem. Od tamtej pory każdego ranka moja pościel zawsze była idealnie zasłana, bez ani jednej fałdki czy zgniecenia.
Było wiele podobnych incydentów. Do dziś mam ślady jego przemocy; blizny, które na każdym kroku przypominają mi przez jakie piekło przeszedłem. Czasem chciałbym się ich pozbyć, a innym razem… Cóż, one dodają mi siły. Przeszedłem przez to, więc jakim wyzwaniom miałbym nie sprostać?
Ta przemoc i ten strach trwały przez lata. Raz nawet uciekłem z domu. Ale wróciłem, kiedy zadzwoniła do mnie mama. Była zastraszona, przymuszona do tego. Ojciec pewnie się domyślał, że tylko z nią będę rozmawiał, a każdy telefon od niego zignoruję. I podziałało. Jeszcze tego samego dnia wróciłem. Po powrocie tak mnie zlał, że prawie przez tydzień nie byłem w stanie zwlec się z łóżka. Nigdy więcej nawet tego nie próbowałem. To było zbyt samolubne -  zostawić ją sama z tym potworem.
Jeśli chodzi o naszą rodzinę, sąsiadów … Mógłbym się łudzić, że oni nic nie widzieli, że nie dostrzegali jak źle się dzieje u nas w domu. Ale nie chcę kłamać. Oni to ignorowali, łaknęli kłamstw, niezdarnych i oklepanych wymówek jakimi częstowaliśmy ich z mamą, by wytłumaczyć siniaki i rany zadawane przez ojca. Chcieli wierzyć, że nasza rodzina jest wzorowa, że ojciec – ważna szycha w mieście – jest kochającym mężem i troskliwym tatą. A nawet jeśli były co do tego jakiekolwiek wątpliwości… Sprawa była taką tajemnicą poliszynela – snuto liczne domysły, ale o nich nie rozmawiano.
I tak mijały lata pełne kłamstw, pozorów, oszukiwania samych siebie. Nikt nam nie pomógł. Jedynie szkoła się tym zainteresowała. Wuefista zobaczył kilka razy siniaki na moich rękach. Zgłosił to do wychowawczyni; ta zaprosiła na rozmowę rodziców. Sytuacja nie była zbyt ciekawa; sprawa była bliska wyjścia na jaw. Jednak ojciec załagodził całą sytuację, wyciszył szum, jaki powstał wokół tego. Dlaczego nic z mamą nie zrobiliśmy? Sam nie wiem. Może byliśmy za bardzo zastraszeni. Ojciec tak bardzo wpłynął na naszą psychikę, że niemal czuliśmy przymus, by go kryć. Chore. Niewytłumaczalne. Ale realne.
A koledzy ze szkoły… Nie miałem ich wielu. Z dwóch powodów. Po pierwsze: nie wielu chciało mieć ze mną kontakt; byłem powszechnym obiektem drwin. Moje szkolne życie było więc ciężkie i mało przyjemne. Ale i tak wolałem być w szkole, niż w domu, kiedy był tam i ojciec.
Ten drugi powód… Cóż, sam stroniłem od towarzystwa, nikomu nie dając większej szansy, by nawiązał ze mną bliższą znajomość. Nie chciałem się przed nikim tłumaczyć, ukrywać kontuzji… Przyniosło by mi to więcej wstydu, niż otuchy.
Z mamą było podobnie, co bez problemu zauważyłem. Wycofała się z życia towarzyskiego, powoli niszczyła stare kontakty. Tak bardzo chciała kryć męża, a raczej to, jak jest przez niego poniżana, a ukrywanie śladów  bicia stawało się za każdym razem trudniejsze; podejrzenia, choć niechętnie przyjmowane, tworzyły się.  
Koszmar wciąż trwał. Z wiekiem zacząłem przeciwstawiać się ojcu. Mama starała się mnie od tego odwodzić, ale nie byłem w stanie znieść tego, jak ją katował. Występowałem w jej obronie, nie raz samemu dostając razy. Kiedy jednak zacząłem podrastać, mniej więcej jako piętnastolatek, nabrałem krzepy, ojciec, nawet będąc całkowicie zalanym, zaczął zachowywać pewną ostrożność. Całą swoją złość wyładowywał na mamie, zwłaszcza wtedy, kiedy mnie nie było w domu. Z czasem zacząłem zrywać się z ostatnich lekcji, aby być w domu jak najwcześniej.
Prawdziwy przełom nastąpił kiedy miałem siedemnaście lat. Pamiętam, jak w środku nocy drzwi od mojego pokoju otworzyły się i wtoczył się do niego ojciec, zalany, jak zdarzało mu się to coraz częściej. Nie byłem jeszcze całkiem obudzony, gdy zwalił mnie z łóżka i zaczął kopać. Mimo, że dość niepewnie stał na nogach, ciosy były silne. Kilka razy oberwałem w brzuch, raz czy dwa w głowę. Niemal strąciłem przytomność, zanim mama wpadła przerażona do sypialni i zaczęła odciągać ojca. Przez cały ten czas wrzeszczał, że mnie zabije. Krzyczał, że nie jestem jego synem i nie będzie żywił takiego bękarta, jakim jestem. Słyszałem podobne wyzwiska gdy byłem młodszy. Wtedy były nawet gorsze od bicia, a teraz… teraz są już dla mnie bez znaczenia. Nawet cieszyłbym się, gdyby jego słowa mogły być prawdą.
W pewnym momencie odepchnął ją. Zamroczony z bólu widziałem, jak mama wpada na szafki. Nie mam pojęcia, jak to zrobiłem, ale udało mi się wstać. Złapałem ojca za klapy marynarki i potrząsnąłem nim. Wiem, że wtedy to ja wrzeszczałem na całe gardło. Byłem jednak jak opętany, nie panowałem nad sobą i niewiele pamiętam z tamtego momentu. Z późniejszej rozmowy z mamą dowiedziałem się, że groziłem mu, okładałem pięściami, aż padł na ziemię.  Dopiero jej ingerencja sprawiła, że opanowałem się i przestałem.
Po tym wszystkim spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, zabraliśmy kasę i zwialiśmy, zostawiając poobijanego, ale żywego ojca. Przez kilka następnych dni mieszkaliśmy u ciotecznej babki. Była inwalidką, więc rzadko nas odwiedzała, ale mieliśmy dość dobry kontakt. Nigdy też nie przepadała za ojcem, więc uznaliśmy, że nam pomoże.
Z początku nie planowaliśmy, że o wszystkim powiemy. Mięliśmy powiedzieć jej jedynie, że  miedzy rodzicami doszło do poważnej kłótni i mama chciała przez jakiś czas pobyć z dala od ojca, by oboje mogli ochłonąć. Ciotka wyciągnęła z nas jednak całą prawdę, gdy zobaczyła moją rozciętą wargę, guzy i siniaki na rękach. I muszę przyznać, że kiedy jej opowiadaliśmy o tym horrorze, poczułem ulgę. Myślę, że mama również. Za długo to w sobie trzymaliśmy.
Po rozmowie reakcja ciotki była zdecydowana: wprost rozkazała, abyśmy jeszcze tego samego dnia złożyli skargę, a mama pozew o rozwód. Ten pomysł nas przeraził. Zrozumieliśmy jednak, że to jedyny sposób, aby się od niego uwolnić. Więc zrobiliśmy to.
I jakoś się nam udało. Ojciec dostał zakaz zbliżania się do nas, ich małżeństwo zostało zakończone. W końcu z mamą mogliśmy naprawdę żyć; spokojni, bezpieczni. Zamieszkaliśmy razem z ciotką. Gdyby nie ona… Nie wiem, czy byśmy zdołali to przerwać. Pewnie nie; ktoś musiał nam uświadomić, że to możliwe i tak trzeba. Kiedy postąpiliśmy ten jeden krok do normalnego życia, dalej poszło nam łatwiej. Ułożyliśmy je sobie na nowo, z pomocą ciotki.
Teraz mam już dwadzieścia dziewięć lat. Mam żonę i dwójkę małych dzieci. Robię wszystko, by nie stać się takim, jakim był ich dziadek. Moja ukochana małżonka, wie co przeżyłem. I wspiera mnie na każdym kroku. Ona sama nie miała wspaniałego dzieciństwa; myślę, że właśnie dzięki temu tak dobrze się rozumiemy. Ale to już jej własna historia. Może również i ona ją spisze, aby – tak jak ja – pozbyć się brzemienia przeszłości.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Słodki smak rewanżu, część II

Henry dotarł na miejsce dziesięć minut później. Zdążył już nieco ochłonąć, przynajmniej na tyle, by przybrać kamienny wyraz twarzy, będący jego osłoną przed wszelkimi trudnościami, z którymi zmierzał się w pracy. Powiadamianie rodziny o śmierci bliskiego, przepytywanie ich, widok ciała denata, często zmasakrowanego… Tak, ta maska przydała mu się nie raz. Tym razem również będzie niezbędna.
Zaparkował przy chodniku za radiowozem. Kiedy wysiadł, Martin Webster już zmierzał w jego kierunku. Na twarzy przyjaciela Henry bez trudu odczytał współczucie i troskę. Kiwnął mu sztywno głową na powitanie i przeszedł od razu do rzeczy. Nie chciał współczucia. Chciał zakończyć tą sprawę.
- Co mamy?
- Niewiele. Przesłuchaliśmy niejaką Glorię Halterman. To ona zgłosiła porwanie.
-Halterman? – powtórzył Jones. Kojarzył nazwisko. Po chwili udało mu się dopasować je do konkretnej twarzy. Kobieta jest… była znajomą jego matki. Zanim ona nie zachorowała, spotykały się dość często. – Gdzie ona jest? Chcę z nią porozmawiać.
- Niewiele wie. Widziała jak ją porwali ze swojego mieszkania i…
- Spokojnie, sam się tego dowiem. Chcę z nią porozmawiać. – Stwierdził stanowczo. Po chwili dodał: - Znam ją.
Martin odchrząknął zmieszany.
- W swoim mieszkaniu. W tamtym bloku na pierwszym piętrze. Pod siódemką.
Henry poświęcił jeszcze kilka minut, by przekazać mu, że dzwonił do siostry, najpewniej w chwili, gdy została porwana. Polecił, by na wszelki wypadek spróbowali namierzyć jej telefon, choć wątpił, by to coś dało – po jego telefonie raczej już go nie włączali. Zastanawiał się, czy gdyby nie zadzwonił, nie zwróciliby uwagi na komórkę Meredith, co by pozwoliło ich namierzyć.
Webster śledził Jonesa wzrokiem, gdy ten oddalał się w stronę bloku. Pokręcił głową ze współczuciem, poczym spojrzał na ekipę. Ponaglił ich do żwawszej pracy. Bez potrzeby – i tak dawali z siebie wszystko. W końcu był w to wmieszany i ich przyjaciel.


Henry zapukał do drzwi. Cicho, stanowczo. Jak zawsze, gdy przychodził w związku z pracą Nie czekał długo. Po kilku sekundach stanęła przed nim niska, pulchna, ubrana w błękitną podomkę kobieta dobiegająca sześćdziesiątki. Ponura twarz Glorii Halterman na jego widok się rozjaśniła. Ale tylko na chwilę, a miejsce radosnego zaskoczenia ponownie przejął smutek.
- Henry, tak mi przykro – zaczęła kobieta. Łzy ściekały jej po policzkach, wzbierały pod powiekami, wzmagając blask jej błękitnych, zwykle roześmianych oczu. – Tego samego dnia straciłeś i matkę i siostrę.
Mężczyzna zacisnął szczękę i siląc się na spokój odpowiedział:
- Tylko matkę, proszę pani. Siostrę odzyskam.
Gloria przyłożyła dłoń do ust, spłoszona. Na jej policzkach, wcześniej bladych, wykwitły różowe plamy.
- Nie chciałam sugerować, że… Przepraszam – westchnęła zrezygnowana, przyjmując ze skruchą wciąż twarde spojrzenie Henry’ego. – Jestem nieco roztrzęsiona. Wieść o śmierci Dorothy całkiem mną wstrząsnęła, a to co widziałam… To już ponad moje starcze siły.
Henry kiwnął głową, mimo wszystko ją rozumiejąc. Sam ledwo się trzymał.
- Proszę pani, wiem, że już z panią rozmawiano, ale chciałbym sam zadać parę pytań.
- Oczywiście, wejdź. Napijesz się herbaty? A może kawy? Jest późno…
- Nie, dziękuję. Możemy zacząć?
Usiedli przy niewielkim stoliku. Pani Halterman mimo protestu Henrego przygotowała herbatę i postawiła przed nim talerz czekoladowych ciastek. Domowej roboty, takie jakie lubił. Zawsze poprawiały mu nastrój, ale dziś nie miał na nie ochoty. Nie miał ochoty na nic, poza tym, by znaleźć porywaczy siostry i zabić ich gołymi rękoma.
- O której to było? – spytał, kiedy kobieta w końcu usiadła naprzeciwko niego w fotelu. On sam zajmował niewielką, zapadającą się pod jego ciężarem kanapę pod oknem. Charlotte, bezwłosa kotka, przywodząca na myśl Henry’emu łysego szczura, usadowiła się na jego kolanach i domagała się pieszczot. Gdyby nie jej właścicielka, mężczyzna zrzuciłby ją na podłogę.
- Nie jestem pewna – stwierdziła strapiona. –  Dopiero co się przebudziłam i nie patrzyłam na zegarek. Ale właśnie stałam przy oknie w pokoju. Zobaczyłam, jak jakaś kobieta idzie chodnikiem po przeciwnej stronie jezdni. Wiesz, tam obok tego sklepiku ze słodyczami. I wtedy obok niej zaparkowało auto.
- Jakie? – przerwał jej.
- Ach, mogę powiedzieć tylko tyle, że było duże i chyba zielone. Tak, tak, zielone. – Spojrzała na niego wyczekująca, więc kiwnął lekko głową w geście zachęty. – Wyskoczyło z niego dwóch mężczyzn. Wtedy ta kobieta zaczęła uciekać. Jeszcze nie wiedziałam, że to twoja siostra, Meredith. Dopiero później się o tym przekonałam, kiedy ten drań zawlekł ją do auta. Później i oni do niego wsiedli, i odjechali.
- A co było w między czasie? – spytał. Starał się, by w jego głosie nie brzmiało napięcie. Zestresowany świadek zwykle niewiele mógł pomóc.
- Kiedy Meredith zaczęła uciekać, ruszył za nią taki wysoki, napakowany mężczyzna. Miał coś na twarzy, maskę, czy coś… Tamten drugi również. Złapał ją i  zaciągnął do auta. Biedna Meredith nie miała z nim żadnych szans… Wpakowali ją do środka i zaczekali, aż dojdzie trzeci…  Potem odjechali. Kiedy tylko zniknęli za zakrętem, pobiegłam do kuchni i zadzwoniłam na policję. Chciałam jeszcze zadzwonić do twojego ojca, ale… Pomyślałam, że to ty powinieneś to zrobić. Rozmawiałeś już z nim?
- Nie, jeszcze nie.
Przez to wszystko o nim zapomniał. Będzie musiał do niego zadzwonić. Później. Teraz nie miał na to ani siły, ani ochoty. Może po śledztwie… Albo dopiero rano.
- Mówiłaś o trzecim mężczyźnie. Z auta wysiadło dwóch, jeśli dobrze zrozumiałam?
Kobieta zamrugała, nie nadążając za zmianą tematu.
- Ach. Trzeci mężczyzna dopiero doszedł. Zapomniałam o nim wcześniej w rozmowie z panem Websterem. On nie miał maski.
Na twarzy Jonesa pojawił się wyraz nieskrywanej satysfakcji. Tłumiąc entuzjazm, powiedział:
- Pamięta pani, jak wyglądał? Cokolwiek?
- Było dość ciemno, a on był daleko, jednak przeszedł pod latarnią, więc coś tam widziałam. Był nieco drobniejszy niż reszta. Miał ciemne włosy…
- Dobrze, spokojnie. Czy będzie pani w stanie spotkać się z naszym specjalistą od portretów? Jeszcze dzisiaj? – Spojrzał na swój zegarek (wskazujący za dwadzieścia pierwszą), po czym uściślił: - To znaczy teraz?
- Tak, oczywiście. Wiadomo, najlepsza pamięć, to pamięć świeża.
- Doskonale. Czy będzie pani gotowa za, powiedzmy, dziesięć minut? Któryś z policjantów zawiezie panią na komisariat. Później, oczywiście, odwiezie.


Henry stał przed blokiem, kiedy tylnie światła radiowozu znikły za rogiem. Przyglądał się ekipę śledczej zbierającej wszelkiego rodzaju ślady. Większość okaże się pewnie bezużyteczna, jednak tym razem stawiali na jak największą dokładność. I dobrze. Przy najbliższej okazji postawi im po piwie.
- Jones! – zawołał Webster, podchodząc. – Znaleźliśmy auto Meredith. Stało na parkingu. Wydało mi się dziwne, że nim nie wracała, więc kazałem Ricky’emu go sprawdzić. Ktoś w nim wcześniej majstrował.
- Zasadzka – mruknął Henry.
- Też tak sądzę. To trochę dziwne, że nie zrobili tego na parkingu. Są tam tylko dwie drogi ucieczki: główny wyjazd i odgrodzony siatką zaułek.
- Jest otoczony blokami. Tutaj są głównie sklepy i pomiędzy nimi dwie kamieniczki. Mniejsza szansa, że ktoś ich dostrzeże. Domyślili się, że pójdzie do taksówki. Tam za rogiem jest ich postój. Aby się upewnić, puścili za nią gościa – myślał na głos, obserwując, jak Alan uwija się wokół, robiąc zdjęcia. Nie zwracał uwagi na niemal oślepiające błyski. – Pewnie przygotowali się na wszystkie ewentualności. Może nawet byli gotowi złapać ją na parkingu, gdyby zaszła taka potrzeba…
- Chwila – przerwał mu Martin. -  Skąd wiesz, że ktoś ją pilnował? To niezła teoria, ale nie mamy żadnych dowodów.
- Gloria Halterman mi to powiedziała. – Powiedział bez emocji. -   Facet nie miał maski. Wysłałem ją do Terry’ego – dodał, po chwili ciszy.
- Świetnie, za kilka godzin będziemy znać przynajmniej jednego gnojka.
Henry nie odpowiedział. Webster również milczał przez dłuższy czas.
- Pozostało jedno pytanie: dlaczego ją porwali? – spytał cicho. Wypowiedział na głos to, nad czym Henry rozmyślał odkąd dowiedział się o porwaniu.
- Nie wiem. To ona w naszej rodzinie była przy kasie. Jako prawniczka zarabiała krocie. Choć ostatnio się u niej nie przelewało. Miała swoje  wydatki, w dodatku to ona łożyła najwięcej na opiekę mamy. Ja jako gliniarz nie zarabiam wiele. Z emerytury ojca również nie będzie okupu. A myślę, że ci goście wiedzieli o tym wszystkim. To nie był przypadkowy napad. Ci goście wiedzieli, co robią.
Martin położył mu dłoń na ramieniu i uścisnął mocno.
- Znajdziemy ją. Włos jej z głowy nie spadnie. A te gnojki pójdą za kratki.
- Wiem, stary. Wiem. Teraz martwię się głównie o ojca. Nic mu jeszcze nie mówiłem – wyznał. -  Boję się, że to będzie dla niego zbyt duży szok.
- Mam z nim pogadać? – zaproponował Martin.
Henry pokręcił głową.
- Nie, sam to muszę załatwić. Ale dzięki. Niechętnie o to proszę, ale zajmiesz się wszystkim? Pojadę do ojca, nie chcę informować go o tym przez telefon.
- Jasne. Leć. A potem się wyśpij. Marnie wyglądasz.
Chciał dodać, by pozdrowił ojca, ale uznał, że w tej sytuacji lepiej to sobie odpuścić. Staremu Jonesowi i tak nie będzie łatwo się z tym wszystkim uporać.

Edytowane dnia: 03.06.2014r.

piątek, 30 maja 2014

Słodki smak rewanżu, część I

Było wpół do jedenastej w nocy, kiedy Meredith Jones zgasiła światła i zamknęła drzwi kancelarii. Choć pracę skończyła dobre pięć godzin temu, musiała zostać w biurze i zrobić porządek z dokumentami. Przeglądając papiery znalazła błędy w rachunkach. Nie chcąc odkładać zadania na później, musiała sama się z nimi uporać. Jako, że ostatnio marnie sypiała, była już tak zmęczona, że z trudem skupiała się na zadaniu.
Ulice o tak później porze były opustoszałe i niesamowicie ciche. Stukot jej wysokich obcasów roznosił się wokół głuchym echem, harmonizując z odległym warkotem silników. Krok kobiety był miarowy i pewny, niewzruszony panującą wokół ciszą.
Meredith mijała oświetlone witryny sklepów nie poświęcając im uwagi. Była zmęczona, głodna i marzyła tylko o jednym: o długiej, gorącej kąpieli i lampce wina.
Jej samochód był jedynym pojazdem zaparkowanym na niewielkim parkingu za blokami. Oświetlały go dwie latarnie, z których jedna gasła co jakiś czas, by ponownie rozbłysnąć z cichym buczeniem. Jej auto, stare czerwone volvo, które już od dwóch lat zamierzała wymienić na lepszy model, stało pogrążone w cieniu rzucanym przez gęste listowie rozłożystego dębu. Parkując tam rano chciała oszczędzić sobie powrotu do domu w dusznym, nagrzanym wnętrzu, czego, jak się przekonała, nie musiała się dziś obawiać.
Wsiadła do samochodu i przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik ożył, ale auto nie ruszyło. Ponowiła próbę kilkakrotnie, zanim w końcu przyjęła do wiadomości fakt, że jej staruszek wystawił ją do wiatru.
- Pięknie, wprost wspaniale – mruknęła zmęczonym głosem, zatrzaskując drzwi. – I co jeszcze?
Dwie przecznice dalej był postój taksówek. Zrezygnowana ruszyła w tamtą stronę, upewniając się uprzednio, że będzie w stanie spłacić należność. Ostatnio krucho było u niej z kasą. Miała zaciągniętych parę kredytów i kilka większych wydatków, więc z niezbyt pokaźnej pensji zostawało jej z grubsza na tyle, by starczyło na najważniejsze potrzeby. W dodatku ta cała sprawa z matką…Gdyby nie miała do pokonania pięciu kilometrów pewnie poszłaby pieszo, oszczędzając. Nie miała jednak na to siły.
W połowie drogi do stukotu jej butów dołączyły cięższe, szybsze kroki. Z początku Meredith nie zwróciła na nie uwagi, jednak w pewnym momencie poczuła zaniepokojenie. Rzadko zawierzała intuicji, choć zarówno ojciec jak i brat twierdzili, że to dobra rzecz, która nie raz ustrzegła ich przed niebezpieczeństwem. Tym razem, nieco wbrew sobie, wiedziona instynktem, postanowiła jej posłuchać.
Oprócz podążającej za nią osoby, wokół nie było nikogo innego. Na postoju taksówek ktoś powinien być, najpewniej taksówkarz czekający na klienta. Dla Meredith oznaczało to bezpieczeństwo.
Przyśpieszyła, choć nie odważyła się odwrócić. Po prostu szła najszybciej jak mogła, biorąc pod uwagę prawie dziesięciocentymetrowe obcasy i bolesne obtarcia na piętach.
Do pokonania miała już tylko jeden zakręt i niecałe pięćdziesiąt metrów w prawo. Jednak zanim zdołała pokonać tę odległość, ciemnozielony van bez rejestracji z piskiem opon zaparkował prawie na chodniku obok niej, a z jego wnętrza wypadło dwóch mężczyzn w kominiarkach. Dla Meredith był to sygnał do ucieczki.
Kobieta, która ustała na chwilę zaskoczona, ruszyła biegiem w stronę skrzyżowania. Przeklinała zawadzające szpilki i wąską, elegancką  spódnicę, mającą ponoć idealnie podkreślać jej zgrabne cztery litery i długie nogi. To z ich powodu w raptem kilka sekund została powstrzymana, złapana przez wysokiego mężczyznę, który przyłożył jej dłoń do ust, powstrzymując od spóźnionego krzyku. Drugą złapał ręce i przycisnął do piersi. Meredith zaczęła się szarpać, próbując wyrwać z uścisku. Z trudem oddychała; napastnik miał wielką, silną dłoń, którą  zakrywał nie tylko jej usta, ale również nos.
- Cicho, maleńka – szepnął mężczyzna. Jego gorący oddech nawet mimo skrywającego twarz materiału muskał jej policzek. – Spokojnie, nie chcę ci zrobić krzywdy… Na razie.
Zaczął ją ciągnąć do tyłu. Z pomiędzy jego palców wydobył się stłumiony jęk. Meredith starała się opierać, jednak jedyne, na co było ją stać, to przerzucenie całego swojego ciężaru na mężczyznę. Ten nawet nie zwrócił na to uwagi.
Kobieta wylądowała w aucie, z którego usunięto tylnie siedzenia. Została brutalnie rzucona na metalową podłogę. Nim zdołała się pozbierać, drzwi się zatrzasnęły, a obuta w wojskowe buty noga wylądowała na jej plechach, przyciskając do ziemi.
Samochód ruszył z miejsca.
- Zwiąż ją – rozkazał mężczyzna stojący nad nią, opierający się o ścianę, by utrzymać równowagę w pędzącym pojeździe.
Do wykonania polecenia ruszyła się smukła, wysoka postać. Również niewątpliwie mężczyzna, którego szczupła twarz pozostawała ukryta. Wyjął zza paska spodni plastikowe kajdanki, które skuł na jej dłoniach od tyłu, nie zważając na protesty wciąż przygwożdżonej kobiety. Kiedy właściciel nogi usunął ją z pleców Meredith, mężczyzna posadził ją brutalnie, oparł o ścianę i patrząc jej prosto w oczy ogłuszył ją jednym, precyzyjnie wymierzonym ciosem.
Ten w wojskowych butach westchnął z zadowoleniem ściągając kominiarkę. Jego ciemne, gęste włosy sterczały zmierzwione. Spoglądał z satysfakcją na nieprzytomną postać, której szara spódnica podciągnęła się podczas szamotaniny odsłaniając szczupłe uda.
- Dobra robota – stwierdził. – Teraz do punktu zmiany i prosto do domu.
Telefon rozdzwonił się w torebce kobiety, odtrąconej pod fotel kierowcy, przerywając pomruk zadowolenia, który rozszedł się wśród czwórki mężczyzn.
Blondyn, który ogłuszył Meredith podniósł ją i odszukał w licznych kieszeniach. Podał ją brunetowi bez słowa. Ten spojrzał na wyświetlacz i zagwizdał przez zęby.
- No proszę, ktoś tu się śpieszy – mruknął z rozbawieniem, rozłączając się.

 _._._._

Wysoki, szczupły mężczyzna stał przed drzwiami piętrowego domu, uparcie wciskając przycisk dzwonka. Regularne dzwonienie dobiegające ze środka świadczyło, że mechanizm się nie zepsuł, jednak usilne próby nie sprawiły, że właścicielka domu otworzyła drzwi. W końcu mężczyzna się poddał, zszedł ze schodków i zaczął okrążać dom. Jednak zarówno drzwi kuchenne jak i tarasowe były zamknięte, a dodatkowego klucza do frontowych nie mógł znaleźć. Zrezygnowany wyciągnął komórkę i wybrał numer.
Stał na chodniku oświetlony mdłym światłem latarni, słuchając sygnałów. Był wysoki, szczupły, niemal chudy, jednak zawsze miał problem z przybraniem na wadze. Gdyby nie siła i sprawność fizyczna, pewnie nie dostałby się do policji.
W pewnym momencie sygnał się urwał. Mężczyzna był zaskoczony. Przez chwilę przyglądał się telefonowi w wyciągniętej ręce, zastanawiając się, co takiego sprawiło, że jego siostra tak go potraktowała. Spróbował sobie przypomnieć, czy niczym ostatnio jej nie uraził, jednak nic nie przyszło mu na myśl.
Spróbował raz jeszcze. Tym razem telefon był wyłączony i odezwała się poczta głosowa. Trochę speszony nagrał się na sekretarkę.
- To ja, Henry… Słuchaj, musimy się spotkać pogadać. Stało się coś strasznego. Mama… Nie, to nie jest rozmowa na telefon. Oddzwoń, kiedy to odsłuchasz, dobrze? I możesz mi powiedzieć, co takiego zrobiłem, że się rozłączasz? No w każdym razie… cześć. Zadzwoń do mnie.
Wyszło to nieco kulawo, jak zwykle gdy nagrywał się na pocztę. Czuł się przy tym nieswojo, tak jakby gadał do siebie, co oczywiście w pewnym sensie było prawdą.
Mężczyzna przez chwilę patrzył na dom siostry, po czym odwrócił się i podszedł do auta. Gdy już odjeżdżał, jego telefon zadzwonił.
- Henry Jones, słucham?
- Henry, tu Patrick – rozległo się w słuchawce. - Przyjedź jak najszybciej na Perth St..
- Co się stało?
- Pewna kobieta zgłosiła, że widziała porwanie. – Po chwili ciszy dodał: - Z tego co udało nam się ustalić, to była twoja siostra.
Oszołomiony mężczyzna w ostatniej chwili wcisnął hamulec, o włos unikając zderzenia z błękitną hondą. Plastikowy kubek z resztkami kawy przewrócił się i ochlapał tapicerkę fotela.
- Cholera, co mówiłeś? Powiedz, że się przesłyszałem – poprosił, siląc się na spokój.
Przez chwilę Patrick milczał.
- Nie stary, przykro mi. Porwano twoją siostrę i jak na razie nie wiemy gdzie ani kto.
- Zaraz tam będę.
Henry Jones włączył kogut i wciskając pedał gazu do granic możliwości, popędził ulicami miasta.
Z zaciśniętymi ustami modlił się w duchu, aby to nie było prawdą, lecz wielką pomyłką. Niedawno dowiedział się o śmierci matki, a teraz porwano mu siostrę. Pechowy dzień.

To opowiadanie będzie dłuższe od poprzednich gdyż będzie miało więcej niż jedną część. Reszta pojawi się w nieznanym bliżej terminie, z tej prostej przyczyny, że w tej chwili mam jedynie to plus plan w głowie.
Pozdrawiam.
Ostatnio edytowane: 02.06.2014r.

poniedziałek, 19 maja 2014

Po siódme...

Na wstępie drobne wyjaśnienie: o broni wiem naprawdę niewiele. A co dopiero o jej składaniu. Dlatego zasiliłam swoje ubogie rezerwy wiedzy w tym temacie za pomocą tej oto strony. Nie wiem, czy mój opis odpowiada rzeczywistości. Nie mam nawet możliwości, by to sprawdzić. Może kiedyś. Jeśli jednak ktoś ma przydatne porady, z każdą z chęcią się zapoznam.
Miłego czytania życzę. 

Siedział sam, jeśli nie liczyć wiernego Hazera, starego mieszańca terriera i labradora, który posapywał cicho pod stołem, z łbem opartym o jego bose stopy, przyjemnie je przy tym grzejąc. Był pogrążony w ciemności. Nie całkowitej – mrok rozpraszało słabe światło latarni stojącej niedaleko. Jednak trzecie piętro było za wysoko, by docierało go tu wiele, choć jednocześnie wystarczająco dużo, by mężczyzna  widział cokolwiek; jego wzrok był przywykły do półmroku. Zza stłuczonej szyby, z której wcześniej zdjął kartonową płytę, docierały do niego cichy warkot silników i smętna piosenka, którą wysoki, chudy murzyn siedzący przy sklepie naprzeciwko puścił z przenośnego radia.
Mężczyzna siedział wpatrzony w okno, wodząc wzrokiem za przemykającymi po ulicy samochodami. Gdy przed budynkiem przejechało czerwone Camaro odwrócił z niesmakiem wzrok. Takim samym autem jeździła jego żona. Jego była żona.  Przeniósł spojrzenie na stojącą dwa metry dalej szafę. W jej oszklonych drzwiach widział własną, zmęczona twarz. Zabrudzone lustro popękało w kilku miejscach, tworzyło więc wiele niewyraźnych odbić. Był wymizerowany, wychudzony. Niemal nie spał od tygodnia, czego efekty nie tylko widział, ale i odczuwał. Czterodniowy zarost, pognieciony, wcześniej biały podkoszulek noszący stare ślady po musztardzie.
Żałosny widok.
I od niego odwrócił wzrok, nie chcąc przypomnienia, jakim wrakiem człowieka się stał.
Wstał z krzesła. Hazer podniósł łeb i sapnął, niezadowolony.
- Spokój, psie – mruknął mężczyzna. Ruszył w stronę metalowej szafki stojącej przy drzwiach. W mroku znalazł metalową kasetkę. Pogładził ją pieszczotliwie po wierzchu, po czym wziął i z powrotem usiadł przy stole. Kasetkę położył przed sobą. Chwilę pogrzebał w kieszeniach spodni, zanim znalazł to, czego szukał. Niewielkim kluczykiem otworzył skrzyneczkę. W środku, na wyścielanym podłożu, leżała broń. Pistolet P99, kaliber dziewięć na dziewiętnaście milimetrów. Używany nie więcej niż dwadzieścia kilka razy. Kupił go trzy lata temu.  Nie wiedział dlaczego, chyba z kaprysu.
Wyjął broń z kasetki i zaczął powoli, systematycznie ją rozkładać. Najpierw wyjął magazynek. Potem pociągnął obejmę zatrzasku zamka, wyjął lufę i sprężynę. Nie spieszył się, ruchy jego dłoni były precyzyjne. Nie raz dla czystej przyjemności się tym zajmował, więc nawet jeśli strzelcem był marnym, te czynności mógł wykonywać z zamkniętymi oczami.
Gdy skończył, na blacie rozchwianego stolika leżał porozkładany pistolet. Przez chwilę przyglądał się częściom, po czym sięgnął po lufę i zamek.
Po pierwsze: bo jestem cholernym alkoholikiem, pomyślał, składając je ze sobą.
Podniósł sprężynę.
Po drugie: bo wódka stała się ważniejsza od rodziny i ich wszystkich straciłem. Odsunęli się ode mnie. Hanna zaczęła wszczynać awantury, że pijany wracam w środku nocy, budzę dzieci…A one zaczęły się mnie bać. Pijany stawałem się agresywny, co dopiero teraz zaczyna do mnie docierać. Głupiec ze mnie. Był i wciąż jest.
Wprowadził ją do zamka.
Po trzecie: straciłem pracę. Philips wylał mnie na bruk, kiedy stawiłem się w biurze pijany. Boże, dlaczego ja tam poszedłem? Dlaczego nie miałem na tyle rozumu, by zostać w domu, wymówić się chorobą… Dostałbym ochrzan, ale przynajmniej zachowałbym pracę!
Czarny kołnierz żerdzi umieścił w zamku. Jego ruchy były automatyczne; nie patrzył na składaną broń, tylko przed siebie – na swój pożałowania godny wizerunek.
Hanna odeszła. Zabrała dzieci, przeprowadziła się do matki. Nie chciała się ze mną spotkać, po tym jak urządziłem jej awanturę na klatce schodowej. Niedługo później dowiedziałem się, że wniosła pozew o rozwód.
Umieścił odpowiednio niebieski kołnierz.
Po piąte: wygrała.
Wściekłym ruchem wsunął złożone elementy na szkielet broni. Gdy zatrzask „odezwał się”, jak czasem żartobliwie mawiał, nieco się uspokoił.
Po szóste: straciłem wszystko. Rodzinę, pracę. Z powodu niespłaconych kredytów, zaciągniętych bezpośrednio na mnie jeszcze za czasu gdy byliśmy razem, zabrali mi również to, co Hanna mi zostawiła. I teraz nie mam już nic. Mieszkam wraz ze szczurami, robactwem i innymi bezdomnymi w tej nędznej ruderze, utrzymując się ze zbierania śmieci.
Płynnym ruchem wsunął magazynek i zwolnił iglicę.
Przez chwilę trzymał w dłoniach złożoną broń. Potem schylił się i na ślepo wymacał na podłodze butelkę. Była niemal całkowicie pusta. Wódki starczyło jedynie na dwa pociągnięcia. Wraz ze znajomym pieczeniem w przełyku, poczuł pewną ulgę. I jednocześnie większy wstręt do siebie.
Opróżnioną butelkę rzucił na podłogę. Upadła ze stukiem i potoczyła się po drewnianej podłodze. Hazer ponownie podniósł łeb, zaciekawiony, jednak kiedy zobaczył co wyrwało go z drzemki, ponownie ułożył się na ziemi.
Mężczyzna powoli uniósł broń, aż lufa zetknęła się z jego skronią. Patrząc sobie w oczy, pomyślał jeszcze:
Po siódme: bo chcę zakończyć już to gówno…
…i pociągnął za spust.
Pies pisnął przerażony i zerwał się na nogi, odskakując do tyłu. Murzyn z ulicy podniósł nieśpiesznie wzrok, jednak do zamroczonego narkotykami umysłu niewiele docierało.
Siła odrzutu zwaliła mężczyznę na ziemię. Chwilę jeszcze drgał, zanim jego ciało już znieruchomiało. Z dziury w głowie nieustannie wypływała krew, wsiąkając w drewniane deski i przeciekając miedzy szparami. Otwarte szeroko oczy patrzyły ślepo w sufit.

Edytowany dnia: 20.05.2014r.

poniedziałek, 12 maja 2014

Odpowiedni dom

Trochę czasu minęło od ostatniego opowiadania. Dopadł mnie brak czasu i weny. Choć może niekoniecznie weny - raczej chęci do pisania. Jednak Bentley Llittle sprawił, że wróciły wraz z nowym pomysłem. Nie oznacza to, że zapożyczyłam go od niego - po prostu pojawił się podczas czytania jego książki.
Mam nadzieję, że się spodoba.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł – mruknął Jim, obserwując jak Max wytrychem grzebie w zamku. Rozejrzał się, jednak wokół była tylko pusta droga oraz kilka krzewów i drzew. Z daleka blade światła, przypominające zawisłe w powietrzu robaczki świętojańskie, wytyczały granice miasteczka.
Noc była spokojna, chłodna. Chłopcy przywykli do miejskiego hałasu czuli się nieco przytłoczeni panująca wokół ciszą, przerywaną od czasu do czasu szmerami i pohukiwaniami. Z oddali pobrzmiewało również wycie samotnego wilka. Czyste niebo usiane było tysiącami gwiazd, które w mieście niedostrzegalne były z powodu licznych latarni. Tu nawet księżyc będący już cienkim, bladym sierpem na tle ciemnego nieba, wyglądał inaczej. Stary dom był dopełnieniem tej tajemniczej, przesiąkniętej mrokiem atmosfery. Drewniany, zniszczony przez czas, samotnie stojący tu od dziewiętnastego wieku, kiedy jego pierwsi właściciele zdecydowali się go tu osadzić. Czasy swojej świetności dawno miał za sobą. Teraz jego ścian, z których płatami odpadała biała niegdyś farba, teraz o barwie szarożółtej, czepiały się dzikie rośliny. Okna tak brudne, za których dostrzegalne były jedynie zszarzałe firanki, z daleka wyglądały jak upiorne oczy. Czerwone gliniane dachówki gdzieniegdzie odpadły, pozostawiając po sobie puste miejsca. Po barierce wokół werandy, której większość szczebli była przegniła i połamana, pięły się pędy zdziczałej róży.
- Nie marudź. Nic się nie stanie. Rozejrzymy się tu trochę i sprawdzimy warunki, to wszystko – uspokajał go Carter. Stał spokojnie oparty o porośnięty bluszczem filar podtrzymujący dach nad werandą. Ze skupieniem i zazdrością obserwował Maksa gmerającego przy drzwiach, który by ułatwić sobie pracę oświetlał zamek podręczną latareczką, którą trzymał w zębach. Gdy usłyszeli ciche kliknięcie a drzwi się uchyliły, blondyn wydał okrzyk satysfakcji.
- Mówiłem, że wiem co robię – powiedział, nie bez cienia dumy.
Otworzył szerzej drzwi i omiótł latarką pomieszczenie. Obejrzał się przez ramię i z szerokim uśmiechem wszedł do środka. Za nim podążył Carter, włączając swoją dużą, ciężką latarkę. Jim stał przez chwilę niepewny, jednak gdy z pobliskiego drzewa doleciało go huczenie sowy, poszedł w ślad za przyjaciółmi.
Już od progu czuć było stęchliznę i duszność. Niewielki przedpokój był ogołocony z mebli; na drewnianej posadzce zalęgała warstewka kurzu, w której idący chłopcy zostawiali odciski swoich butów. Podłoga skrzypiała pod ich stopami.
Przeszli dalej; znaleźli się w salonie. Ostatni właściciele nie zabrali stąd całego dobytku; przed staroświeckim kominkiem stała kanapa. Na ścianach zostało kilka kiepskiej jakości kopii obrazów, chyba Rembrandta. I tu drewniany parkiet był przykryty kurzem, który wzbijał się w górę.
Jim zakaszlał, gdy wszedł w kłęby pyłu. Kiedy atak kaszlu nie mijał, wygrzebał z wewnętrznej kieszeni kurtki inhalator. Przyłożył go sobie do ust i odetchnął głęboko. Po chwili uspokoił się i znów mógł oddychać normalnie. Zaczął jednak osłaniać usta i nos rękawem. Jego kumple nie zwrócili na niego większej uwagi. Wiedzieli, że ma astmę i już się przyzwyczaili do jej konsekwencji.
- Przydało by się tu odkurzyć – zauważył Jim ostentacyjnie machając dłonią przed twarzą.
- Jasne – odparł Max z kpiącym uśmiechem odwracając się do niego. W promieniu światła latarki zawirowały drobinki pyłu. -  Bierz szczotkę i zamiataj, skoro masz ochotę.
- Możesz teraz się śmiać, ale mina ci zrzednie, gdy przyjdzie tu się bawić. Już to widzę – setka imprezowiczów w kłębach kurzu.
- Jimmi, wyluzuj. – Carter specjalnie użył tego przezwiska. Wiedział, że przyjaciel go nie znosi, a miał wzmożoną ochotę na żarty.
Jim nic nie odpowiedział, tylko zacisnął usta i poszedł dalej. Wyciągnął z kieszeni telefon i, żałując, że nie zabrał latarki, zaczął oświetlać nim drogę. W słabym świetle niewiele było widać, ale rozróżniał obrysy drzwi i nielicznych przedmiotów, których nie zabrano. Po przejściu przez korytarz trafił do kuchni. Wszystkie szafki i półki były na swoich miejscach. Zaczął metodycznie je przeszukiwać. Oprócz kurzu, mysich fekaliów i małego guzika, w jednej z szuflad znalazł zdjęcie. Prawie je przegapił, pobieżnie przeglądając jej zawartość; utkwiło w szczelinie, oparte o tylnią ściankę. Wyciągając je naderwał prawy róg.
Fotografia była stara, czarnobiała. Pozostawiona samej sobie, pożółkła. Biegło przez nią kilka zgięć. Przy słabym świetle Jim zobaczył rodzinę; rodzice i dwoje dzieci. Mężczyzna był wysoki, barczysty. Miał ciemne, równo przystrzyżone wąsy. Kobieta była pulchna, niewysoka. Miała na sobie sukienkę i kuchenny fartuszek. Na oko pięcioletnia dziewczynka stała sztywno wyprostowana przed matką, z rękami opuszczonymi na boki. W jednej ręce trzymała małą lalkę. Chłopiec, czepiający się kurczowo fałd sukni matki, nie mógł mieć więcej niż trzy lata. Był drobny, szczupły. Niemal wychudzony.
Jim czuł się dziwnie stojąc po środku ciemnej, obszernej kuchni i przyglądając się tym obcym ludziom. Domyślił się, że to oni byli ostatnimi lokatorami tego domu. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że żadna z osób uwieczniona na fotografii się nie uśmiecha – wszyscy byli poważni, smutni. A twarz chłopca wydawała się wręcz przestraszona. Kiedy to dostrzegł miał ochotę odłożyć zdjęcie tam, gdzie je znalazł.
Chłopak odwracał się, chcąc pokazać kumplom znalezisko, kiedy tuż przed nim z dzikim wrzaskiem pojawiła się trupio blada, święcąca twarz. Jim z krzykiem odskoczył do tyłu, uderzając plecami o krawędź szafki i trafiając głową w mosiężny uchwyt.
Jeszcze nie otrząsnął się z zaskoczenia i strachu, kiedy kuchnię wypełnił głośny śmiech. W drgającym snopie światła Jim zobaczył ryczącego ze śmiechu Cartera.
- Cholera, Carter – warknął, uderzając pięścią w ramię bruneta - to nie było zabawne.
- Owszem, było – wydusił. – Boże, gdybyś ty widział swoją minę. Oczy o mało nie wyszły ci z orbit.
Do kuchni wszedł Max.
- Czego się tak drzecie? Słychać was było w całym domu. – Mimo niezadowolenia w głosie, uśmiechał się szeroko.
- Nasz mały Jimmi przestraszył się ducha – oznajmił Carter  z szerokim uśmiechem.
- Wcale nie. To on się wydurnia.
Max podszedł do szafek i położył na ich blacie pudełko, które pozostali dopiero teraz zauważyli. Miało rozmiar opakowania po butach, było jednak nieco wyższe i miało okrągłą pokrywę.
- Jeśli już skończyliście się wygłupiać, proponuję byście to zobaczyli.
Obaj zbliżyli się bez słowa. Stanęli po bokach Maksa. Carter przysunął bliżej siebie skrzyneczkę i spróbował ją otworzyć. Na próżno; drewniana pokrywka ani drgnęła.
- Zaczekaj. Jeszcze nie otworzyłem.
Max wyjął swój wytrych i zaczął gmerać w otworze. Po pół minucie, usłyszeli ciche skrzypnięcie. Blondyn bez problemów podniósł wieczko.
Carter ponownie przejął pudełko. Jim westchnął z irytacją, obszedł przyjaciół i stanął przy nim, by móc zobaczyć zawartość skrzyneczki.
W pudełku było niewiele. Kilka kartek na dnie, wstążka i zabawka: mała, szmaciana laleczka. Brunet zaczął przetrząsać papiery.
- Zaczekaj – Jim położył mu dłoń na ramieniu. Sięgnął pomiędzy jego rękami i wyciągnął maskotkę.
- Chcesz się pobawić lalkami? Urocze – zakpił Carter.
Jim go zignorował. Trzymając zabawkę zaczął rozglądać się po podłodze.
- Powinno gdzieś tu być… - mruknął, kucając. – Max, pożycz latarkę.
Dał mu ją bez słowa.
- Czego szukasz? – spytał, kiedy promień światła przebiegał po brudnych kafelkach.
Zamiast odpowiedzieć, Jim sięgnął w stronę szafek i wyciągnął coś ze szczeliny pomiędzy nimi a podłogą. Podniósł się i podał znalezisko Maksowi, oddając również latareczkę.
- Znalazłem to w szufladzie. Jest na nim ta sama lalka – powiedział, wskazując palcem dziewczynkę i jednocześnie pokazując maskotkę.
- Hej… Chłopaki – mruknął Carter nie swoim głosem. – Musicie to przeczytać.
Znów powrócili do pudełka. Carter podał im kartkę. Była pognieciona, miała kilka ciemnych plam. W kilku miejscach litery się rozmyły, prawie nie dając się odczytać. Lewy róg był osmalony, jakby ktoś chciał go spalić, jednak rozmyślił się zanim papier miał szansę się zająć ogniem.
Czytali przyświecając sobie latarką.

Droga Jenny,
Wiesz, że kocham Cię całym sercem. Tak silnie, że mocniej już nie można. Kocham Ciebie, Allana i Mery. I dlatego nie mogę pozwolić na to, byście ode mnie odeszli.
Widziałem Ciebie jak się z nim całowałaś. Z tym typkiem od rzeźnika. Obściskiwaliście się w zaułku, myśląc, ze nikt was nie zauważy. Myliliście się – ja tam byłem i wszystko widziałem. Popytałem trochę dyskretnie i wiem już, odkąd to trwa. Od pół roku z nim sypiasz! Nie wiem, jak mogłem tego nie zauważyć. Nie wiem, naprawdę… Będzie mnie to nękać do końca życia.
Spotkałem się z Twoim kochasiem. Zawlekłem go do tego samego zaułka, w którym was widziałem. Zagroziłem mu nożem. Przyznał, że pieprzyliście się. I wiesz co było potem? Zarżnąłem go jak świniaka. Jednym, szybkim cięciem od ucha, do ucha. Trochę się rzucał, ale nie trwało to długo. Zginął, męcząc się.
Wiesz dlaczego to zrobiłem? Bo powiedział mi, że wolisz go i  chcesz z nim odejść. Zabrać dzieci i zniknąć z mojego życia. Ale ja na to nie pozwolę, Jenny. Moja słodka, kochana Jenny.
Na zawsze pozostaniesz ze mną, albo nie będziesz z nikim.
Twój kochający, oddany mąż,
Samson

Było jeszcze kilka listów podobnej  treści. Dwa zaadresowane do dzieci – mężczyzna wyrzucał im, że trzymają stronę matki, i go nie kochają.
- Co o tym myślicie? – spytał Jim, kiedy skończył czytać wszystkie. Nerwowo przełknął ślinę. Dłonie mu się spociły, więc odłożył lalę i wytarł je o spodnie. – Czy myślicie, że on… że on…
- Że on naprawdę zabił tego gościa? – dokończył Max. – Nie, myślę, że chciał nastraszyć żonkę – stwierdził. Jednak jego napięty głos i pobladła twarz przeczyły słowom.
- Może powinniśmy to zgłosić? – zaproponował niepewnie Jim.
- Glinom? – prychnął Carter, który czekał cierpliwie, aż przyjaciele zapoznają się z treścią dokumentów. – Wysil móżdżek, kretynie. Włamaliśmy się do tej chaty. Pomyśl o konsekwencjach.
- To co, mamy o tym zapomnieć? – nastroszył się chłopak. – Boże, ten facet był szurnięty! On groził własnej rodzinie, że ją zabije! Przyznał się, że zamordował faceta swojej żony.
- Nie wiemy czy to prawda. – Carter uparcie obstawiał na swoim. – Pewnie zmyślał, jak stwierdził Max.
- Po co miałby to robić? Ta kobieta i tak prędzej czy później dowiedziała by się o tym – zauważył Jim, krzyżując ręce na piersi.
Przez chwilę w całym domu panowała cisza, w której chłopcy kontemplowali nad tym wszystkim, czego się dowiedzieli. Po dłuższej chwili odezwał się Carter; w jego głosie pobrzmiewała utracona przez moment zwykła pewność siebie:
- Zapomnijmy o całej sprawie. Te listy to dzieło szaleńca. Jestem pewien, że pisał je sam dla siebie i nigdy nikomu ich nie pokazał. Ten gość od rzeźnika pewnie ma się dobrze, albo wcale nie istnieje. Nie ma się czym przejmować.
Max i  Jim wymienili niepewne spojrzenia. Obu takie wyjście pasowało. Czuli jednak pewien opór. Blondyn jako pierwszy się z nim uporał.
- Zgoda. Włóżmy to z powrotem do skrzynki i odłóżmy na miejsce. Potem spadamy.
- Musimy się jeszcze rozejrzeć – zaprotestował Carter. – Mieliśmy znaleźć miejsce na imprezę. Ten dom się nadje. Oprócz… - wskazał kiwnięciem głowy na listy porozkładane na szafkach – tego wszystko… jest w nim ekstra.
- Nie wiem, czy po tym czego się dowiedziałem mógłbym się tu swobodnie bawić – stwierdził z wahaniem Jim.
Carter roześmiał się z przymusem, choć starał się, by brzmiało to jak najbardziej naturalnie.
- Cała ta sprawa doda naszej zabawie smaku. Wyluzuj, stary. Będzie dobrze.
Spakowali papiery do pudełka. Na wierzch położyli zdjęcie i lalkę. Zanim Max zamknął wieczko, Jim odwrócił fotografię spodem na wierzch. Zdziwione spojrzenia przyjaciół skwitował obojętnym wzruszeniem ramion.
- Skąd to wytrzasnąłeś? –spytał Carter, gdy wieczko opadło, a Max ponownie je zamknął.
- Znalazłem je na górze, w szafie. O, zapomniałem powiedzieć – są tam piłkarzyki. Są w niezłym stanie. Przydało by się tylko nieco je przeczyścić i wykombinować piłkę.
Wyszli z kuchni i ruszyli korytarzem. W pewnym momencie Jim przystanął.
- Czujecie? – spytał.
- Co? – Max zmarszczył brwi i pociągnął nosem. – To stęchlizna. Trzeba tu trochę wywietrzyć. Zanim wyjdziemy otworzymy parę okien
Jim z irytacją pokręcił głową.
- Nie, nie chodzi o to. Coś jakby… czuć zgnilizną.
Węszył w powietrzu jak królik; jego nozdrza drgały, raz rozszerzając się, raz zwężając. Trochę pokręcił się po korytarzu. W końcu zatrzymał się przy schodach, obok drzwi.
- To stąd dochodzi –stwierdził.
Dwaj pozostali chłopcy również tam podeszli. Stojąc przy drzwiach, węszyli.
- Teraz ja też to czuję – przyznał Carter. - Sprawdzamy?
Max kiwnął głową i wyciągnął dłoń do klamki. Przekręcił ją, ale były zamknięte. Kiedy wyjmował wytrych z kieszeni, Carter wywrócił oczami. Max oddał pudełko Jimowi i zaczął majstrować przy zamku. Po chwili zatrzaski odskoczyły. Teatralnym ruchem, powoli otworzył drzwi. Kiedy to zrobił, do ich nozdrzy trafił nasilony smród.
- Nadal twierdzisz, że tu nic nie czuć? – spytał Jim zniekształconym głosem, zatykając nos.
- Ale jedzie – mruknął Carter. – Naprawdę chcecie tam wchodzić?
- Nie. Ale musimy.
- W takim razie, Jimmi, panie przodem – powiedział brunet, wyciągając dłoń w stronę drzwi.
- Kretyn – mruknął Jim, wyciągając do niego rękę. Carter posłusznie podał mu latarkę.
Chłopak odstawił pudełko na podłogę i oświetlił ciemne wejście. Strome schody prowadziły w dół, zapewne do piwnicy. Wziął głęboki oddech i zakrywając dłonią usta i nos, przekroczył drzwi.
Stopnie były wąskie, wysokie, nierówne. Stąpał ostrożnie, kierując promień światła pod nogi. Za Jimem szedł Max. Chłopak podpierał się ściany; barierki nie było. Carter zamykał pochód.
Schody miały dwadzieścia stopni. Kiedy je pokonali, stanęli w piwnicy. Tu odór był wręcz nie do wytrzymania.
 - Matka mnie zabije, że zasmrodziłem ciuchy – mruknął Jim, wchodząc głębiej do pomieszczenia. Przesuwał promień światła systematycznie. Wokół było sporo szpargałów, kilka mebli, w tym bujany fotel. Pomiędzy nim, a starą szafką z wyłamanymi drzwiczkami stał drewniany konik na biegunach. W rogu pokoju o ścianę oparty był zakurzony rowerek dziecięcy. Z rączek kierownicy zwisały kolorowe wstążeczki.
Nie znajdując tu nic ciekawego, ani źródła smrodu, przeszli do kolejnego pomieszczenia. Była to kotłownia, z dużym, żelaznym piecem, w którym palono drewnem.
- To pewnie zdechły zwierzak. Został tu zamknięty i zdechł. A my pchamy się tu na darmo – narzekał Carter.
- Przymknij się i rozejrzyj – rozkazał Max. -  To musi być gdzieś tutaj. – Po chwili dodał. – Słyszycie to brzęczenie?
- Eee… Spójrzcie na to – drżącym głosem wypowiedział Jim. Promień trzymanej przez niego latarki oświetlał kłębowisko szmat, nad którymi latała chmara much. Po bliższym przyjrzeniu się kupie, Max i Carter dostrzegli wystającą rękę i głowę. Obie części ciała były zsiniałe, opuchnięte. Otwarte oczy były wyblakłe i skierowane wprost na nich.
Po chwili w pomieszczeniu słychać było przerażony wrzask, kiedy do Cartera dotarło co widzi. Zaraz potem dołączył do niego krzyk Maksa i wysoki pisk Jima. Wszyscy na raz rzucili się do wyjścia; przepychali się po schodach. Jim potknął się na trzecim od dołu stopniu i ześlizgnął się na dół obijając piszczel, jednak prawie nie poczuł bólu. Wciąż wrzeszcząc wybiegli z domu. Nie zawracając sobie głowy zamykaniem drzwi, pognali przez zarośniętą zielskiem żwirową alejkę w stronę żelaznej bramy. Gdy do niej dotarli, zaczęli się wspinać po śliskich prętach. Będąc na szczycie zeskoczyli na miękką ziemię. Max wylądował w krzakach, Carter potknął się o wystający konar rosnącego niedaleko dębu.
Jim, który był w o wiele gorszej kondycji, ledwo oddychał. Stał pochylony do przodu z trudem łapiąc oddech, szperając w kieszeniach. Gdy w końcu wygrzebał inhalator, z pośpiechu i nerwów wypadł mu z on rąk. W słabym świetle szukał go na klęczkach. Gdy go znalazł szybko go użył.
Maksem, który wciąż klęczał w krzakach, wstrząsały dreszcze. Z trudem utrzymywał zawartość żołądka, który zdawał się związać być ściśnięty. Carter leżał twarzą do ziemi, nieprzytomnym wzrokiem wpatrując się w czerń.
- Teraz na pewno musimy to zgłosić – powiedział Jim matowym głosem, gdy oddech mu się uspokoił.
Odpowiedziało mu jedynie pohukiwanie sowy i przeciągłe wycie wilka.

Edytowany dnia 20.05.2014r.