"Szczęście to żart. Nawet fart to odwrócony niefart."
Stephen King, Szczęśliwa moneta
Czternastoletni Christian Kimmel właśnie stał przed drzwiami,
gdy ktoś z drugiej strony zastukał w nie delikatnie mosiężną kołatką. Chłopak z
szerokim uśmiechem stanął przed dziewczyną stojącą w progu.
- Wszystkiego najlepszego.
- Becca. Miałaś czekać w parku – stwierdził, niby to z
wyrzutem, lecz uśmiech psuł efekt.
- Tak, wiem, ale… - Wzruszyła bezradnie ramionami. Była
drobna, miała nie więcej niż metr pięćdziesiąt wzrostu, w dodatku szczupła.
Teraz zerkała niepewnie na chłopaka spod spuszczonych rzęs. - Musiałam wyjść wcześniej.
Chris spojrzał na nią ze współczuciem. Domyślił się, że w jej
domu Feldmannów znów wybuchła awantura. Jej rodzice żarli się coraz częściej, a
Rebecca musiała to znosić.
- Może zrezygnujemy z wycieczki i zostaniemy tutaj? Freda
przygotowałaby nam jeden ze swoich cudnych posiłków, a my…
- Nie musimy niczego zmieniać. Wszystko w porządku. Naprawdę –
dodała na widok jego niepewnej miny.
Chłopak przeczesał rozczapierzonymi palcami swoje gęste,
kasztanowe włosy. Przez chwilę zastanawiał się, jednak w końcu skinął głową.
Wyszli na zewnątrz. Przy schodach stał rower Chrisa. Chłopak
sprowadził go na chodnik, zaczekał aż Rebecca usiądzie na bagażniku i ruszył z
miejsca. Dziewczyna objęła go w pasie, chowając twarz przed chłodnym,
październikowym wiatrem.
W tym samym czasie, w kuchni w posiadłości Kimmelów, Freda,
matka Chrisa, oraz jego babka Thelma dyskutowały nad jego przyszłością i
przeznaczeniem.
- Kochanie, wiem, że chcesz, by już teraz zaczął naukę –
odezwała się staruszka. Jej białe włosy zaplecione były w prosty warkocz, który
spływał jej po plecach. Błękitne oczy skierowała w stronę córki, lecz nie
wyrażały żadnych emocji – były równie puste, jak wyschnięta studnia. – Sądzę jednak,
że dla jego dobra powinniśmy jeszcze zaczekać.
- A co? - prychnęła
Freda, wściekle mieszając w stojącym na kuchence garnku. Jego mętna zawartość
miała, jasnozielony kolor, bulkotała, a na jej powierzchni zaczynała tworzyć
się piana. Wywar miał intensywny, mdląco słodki zapach. - Widziałaś to w wizji?
Thelma nie zwróciła uwagi na odpowiedź córki. Przywykła już do
jej buntowniczej i zarazem upartej natury, którą, bądź co bądź, odziedziczyła
właśnie po niej. Pamiętała doskonale, jak za młodu to jej matka nieustannie
utyskiwała na swoją córkę.
- Nie. Ale miałam przeczucie. – Kobieta wstała z wdziękiem.
Podeszła do Fredy i położyła jej dłoń na ramieniu. - Powinniśmy pozwolić mu
nacieszyć się życiem.
- Mnie posłałaś do szkolenia w wieku trzynastu lat. – Wściekle
zamieszała w garnku i trochę płynu wylało się. Ściekając po brzegach, wywar
syczał, powoli wyparowując i zostawiając po sobie zieloną smugę.
Thelma sięgnęła po stojący obok czajnik i ruszyła do zlewu.
Napełniając go, odparła:
- Po prostu czułam, że tak trzeba. – Westchnęła, wiedząc, że
to co powie i tak nie dotrze do Fredy. - Czasem dobrze jest posłuchać przeczuć,
nawet jeśli rozsądek podpowiada co innego.
Kobieta nie odpowiedziała. Wolną ręką poprawiła krótko
obcięte, kasztanowe włosy. Mieszała zawzięcie chochlą, z zaciętą miną.
Zawartość garnka powoli zmieniała barwę na żółtą, stawała się również coraz
bardziej przejrzysta. Zapach stał się nieprzyjemnie kwaśny.
Staruszka zakręciła wodę i znów skierowała się w stronę
kuchenki. Zanim jednak zdołała zrobić krok dzielący go od niej, znieruchomiała.
Jej niewidzące oczy rozszerzyły się, a zamiast wyblakłych tęczówek spod powiek
ukazały się białka, pokryte siateczką drobnych, czerwonych linii. Trwało to
przez kilka sekund – kobieta zastygła, każdy jej miesień napięty był do granic
możliwości. Gdy wizja zaczęła blaknąć, ciało Thelmy zwiotczało. Z jej nagle
bezwładnych palców wypadł czajnik, obijając się od wyłożoną płytkami podłogę.
Staruszka zachwiała się i upadła w powiększająca się kałużę wody, wylewającej
się z czajnika.
- Mamo! – zawołała Freda, gdy tylko zauważyła co się stało.
Zostawiła chochlę i uklękła przy staruszce. – Co się stało? Co zobaczyłaś? –
spytała podtrzymując ją.
- Christian… - wyszeptała Thelma. Uniosła drżącą dłoń i
położyła ją na czoło córki. Ta zacisnęła oczy i zastygła w bezruchu, gdy matka
przekazała jej część wizji.
Już po chwili wypadła z kuchni, z przerażeniem wymalowanym na
twarzy, wołając ile sił w płucach pozostałych domowników.
- Marcus! Sebastian, Eryk! Chodźcie tutaj natychmiast!
Wciąż ich wołając, pognała do piwnicy. Nie trudząc się
zapalaniem światła, przeskakiwała po kilka stopni. Gdy znalazła się na dole,
ruszyła do metalowej szafy. Zdjęła z szyi łańcuszek, na którym zawieszony był
niewielki kluczyk. Gdy tylko otworzyła drzwi, zapaliła się lampka, oświetlająca
niewielki arsenał od dawna służący rodzinie Kimmelów do walki z przeróżnymi
formami, które przybiera Zło.
Gdy wyjmowała sztylety, za jej plecami rozległo się ciche
„puff”. W słabym świetle, po którym lampka zamigotała, pojawiła się trójka
mężczyzn.
- Thelma miała widzenie – zaczęła Freda, zanim którykolwiek
zdołał się odezwać. - Chris jest w niebezpieczeństwie. Leta znów chce dać o
sobie znać.
Odwróciła się i po kolei rzuciła Sebastianowi i Ericowi
sztylety. Mężczyźni chwytają zręcznie i chowają pod ubraniem. Sama włożyła do
kieszeni kilka szklanych przygotowanych przez siebie fiolek.
- Nie wiem, czy ona tam będzie, ale warto być gotowym na
wszystko. Marcus, przygotuj się. Może być ciężko. – Spojrzała na chudego
dwudziestolatka, któremu ktoś zupełnie obcy i nie znający jego tajemnicy,
mógłby dać bez wahania trzydzieści pięć lat.
- Gdzie to jest? – spytał Eric.
- Nie wiem. Musimy jechać. Thelma nas poprowadzi.
Zbliżyła się do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Zaraz
potem w pomieszczeniu nie było już nikogo.
- Chris, zwolnij! – zawołała Rebecca, jednak wciąż śmiała się
radośnie, gdy chłopak pędził przed siebie, a ludzie, których mijali odskakiwali
na bok. Choć na każdej nierówności podskakiwała na bagażniku, od czego bolał ją
tyłek, bawiła się świetnie i pamięć o wciąż kłócących się rodzicach, którzy
zwracali na nią uwagę tylko wtedy, gdy chcieli się nią wyręczyć, skryła się na
obrzeżach jej świadomości.
Chłopak w odpowiedzi tylko przyśpieszył. Po chwili skręcili w
lewo, o mało nie rozjeżdżając białego bulteriera, który zaprzestał obwąchiwania
żywopłotu i ruszył za nimi w pogoń. Przez pewien czas gnał obok nich,
szczekając zawzięcie i próbując złapać Rebeccę za nogawkę spodni. W końcu
jednak się poddał i zwolnił.
Już prawie dojeżdżali do parku. Do pokonania mieli tylko
ulicę. Chłopak nacisnął hamulec. Ku jego zaskoczeniu nie zaczęli zwalniać.
Rozpędzeni wjechali na ulicę. Gdy Chris z paniką rozejrzał się na boki, zobaczył,
jak z prawej strony jedzie prosto na nich czerwony Hummer. Na miejscu kierowcy
zobaczył zarośniętą twarz zaskoczonego czterdziestolatka.
Auto zaczęło hamować niecały metr od miejsca zderzenia; nie
wytraciło niemal nic ze swojej prędkości. Chris i Becca uderzyli głowami w
przednią szybę. Szkło pękło, powstała na nim siateczka drobnych rys. Przez
kilka sekund jechali na pogniecionej masce, zanim się z niej zsunęli.
Hummer odjechał kawałek dalej, a oni nieprzytomni leżeli na
jezdni.
- Skręć w lewo! – zawołała Thelma, ze swojego miejsca z tyłu.
– W lewo powiedziałam, w lewo!
- Już, jasne. – Sebastian był spięty. On z całej czwórki
mającej prawo jazdy kierował najlepiej, ale nie można powiedzieć, że po
mistrzowsku. Co chwila spoglądał na
matkę we wstecznym lusterku. - Nie krzycz, proszę, bo nie wytrzymam i uprzedzaj
z wyprzedzeniem!
Staruszka nic nie powiedziała. Skupiała się na drodze przed
nimi, bo choć od dziecka była niewidoma, to widziała więcej, niż nie jedna
osoba.
- To tu – szepnęła i zapadła się w fotelu.
Kilkanaście metrów przed nimi czerwona terenówka właśnie
zahamowała. Po chwili wyszedł z niej roztrzęsiony, niewysoki mężczyzna. Ruszył
do leżących na ulicy osób. Pozostałe auta zatrzymały się. W tym i auto Kimmelów.
Kiedy tylko koła stanęły, Freda wyskoczyła i pobiegła w stronę dzieci.
- Christian. O boże, Chris – wymamrotała klękając obok niego.
Przytknęła palce do jego nadgarstka. Wyczuła słabnący puls. – Marcus!
Mężczyzna był już przy niej. Kucnął przy zakrwawionej głowie
chłopca i bez słowa położył na niej dłonie.
- Ja nie chciałem… - Powiedział kierowca Hummera, kiedy upadł
obok nich. Był widocznie przerażony. -
Oni wypadli na ulicę… Nie zdążyłem wyhamować…
- Zamknij się – zrugała go Freda. – Najlepiej stąd zniknij.
Zjeżdżaj stąd, słyszałeś!? – krzyknęła.
Czterdziestolatek drgnął i sztywno się podniósł. Idąc do tyłu,
oddalił się o kilka metrów. Nie spuszczał wzroku z kobiety, która pochyliła się
nad synem.
- Co z dziewczyną? – spytał Marcus. Już odczuwał skutki
uzdrawiania. Chris został nieźle pokiereszowany; miał złamane żebro, które
przebiło płuco i parę innych obrażeń wewnętrznych. Musiał się nimi zająć
szybko, przed przyjazdem karetki, którą ktoś z pewnością zdążył już wezwać.
- Nic – odparła kobieta tuląc Chrisa. - Zajmij się moim
chłopcem.
Podczas gdy Freda i Marcus zajmowali się Christianem, Eric z
Sebastianem, którzy również opuścili auto, rozglądali się wokół. Szukali śladu
Lety i jej pomocników.
Thelma, która została sama, miała kolejną wizję. Znów z
Chrisem w roli głównej. Jednak tą nie miała zamiaru dzielić się z nikim. Bez
względu na to, jakie konsekwencje mogło to przynieść.
Jak widać powróciłam do fantasy. Nie wiem czy na długo, czy to tylko przelotne spotkanie. W każdym razie mam nadzieję, że się podobało. A kolejna część (ostatnia zarazem) jest już w końcowych fazach przygotowania, więc wstawie ją za kilka dni.
Pozdrawiam,
roxette16